6 lipiec 2015

Mouth-To-Nose

W sobotę byłam na „kolacji” w studio Smolna 8. Kolacja jest w cudzysłowie, bo był to raczej performance artystyczny. Wydarzenie nazywało się Mouth-To- Nose i było popisem sztuki kulinarnej Aleksandra Barona, niezależnego szefa kuchni, systematycznej pasji i wiedzy o winach Michała Więckowicza, wine coacha oraz zapachowej intuicji i maestrii Marty Siembaab, która jest senselierem. Siedzieliśmy na ostatnim piętrze charakterystycznego warszawskiego wieżowca, podziwiając panoramę miasta o zachodzie słońca i uczestnicząc w orgii zapachów, smaków i tekstur.

Co jest specjalnego w tym, że pijąc wino do kolacji wąchasz jednocześnie jakieś zapachy? Przecież, kiedy w barze z frytkami pałaszujesz coś, to wolno ci popijać, a z zaplecza dochodzi aromat tłuszczu. Wyjątkowość opisywanego przeze mnie wydarzenia polegała na harmonii i dopełnianiu się wszystkich trzech elementów w taki sposób, by maksymalnie pobudzić zmysły odbiorców: wzrok, smak, węch, czasem nawet słuch (o tobie mówię bezo z chrobotkiem reniferowym!) i podnieść ich receptywność do maksimum.

W zasadzie wystarczyłoby kilka przymiotników. Namiętne, dzikie, pomysłowe do granic wyobrażeń, pobudzające, erotyczne, sensualne było to doświadczenie. Jednak to nie wyjaśnia dlaczego nakręciło mnie tak, że od dwóch dni mam problemy z wykonywaniem zadań prozaicznych i dlaczego miałam ochotę dotykać trójkę prowadzących po zakończeniu kolacji.

Teraz potrzebuje zrobić dygresję, żeby opisać swój stan ducha, gdy wjeżdżałam windą na osiemnaste piętro modernistycznego budynku na Powiślu.

Od kilku lat próbuję przemycać w Polsce pomysł na Slow Sex. Idzie mi opornie. Bo co świadomość, uważność, receptywność i rytuały znaczą dla odbiorców, którzy hejtują cię już za użycie trudniejszego słowa, zaś dodanie do przekazu czegokolwiek co śmierdzi rozwojem osobistym upewnia publiczność, że warto prewencyjnie obrzucić cię pomidorami. Co Slow Sex szuka w kraju w którym ponad ¾ populacji jest zadowolonej ze swojego życia seksualnego?

Skarżyć się nie mam zamiaru, taki mam zawód i z dumą noszę blizny po pomidorach. Moja determinacja w przekazywaniu wizji świata piękniejszego, bardziej zmysłowego, erotycznego jest tak duża, że nawet skończyłam pisać o tym książkę. Najwyżej będę paliła nakładem w kominku. Wierzę, że Slow Sex ma szansę ocalić świat, a przynajmniej jego seksualną część. Bez tej nadziei na lepszą przyszłość nie mogłabym na co dzień słuchać smutnych, czasem dramatycznych historii, które moi klienci opowiadają mi w zaciszu gabinetu. Po pół roku takiej roboty poszłabym położyć się na torach.

W takim to stanie ducha wjeżdżałam na osiemnaste piętno modernistycznego budynku na Powiślu. Był to stan wesołości godzącego się ze śmiercią krzyżowca, który trwa na swojej placówce do czasu, aż palące słońce wysuszy go na wiórek.

A tam…

Pięć dań. Pięć win. Pięć zapachów wkomponowanych w jedzenie i wino. Czysty zachwyt. Wokół mnie przez trzy godziny trwał świat idealny – złożony z subtelnych, zmysłowych pobudzeń, dających niemal totalne doświadczenie. No dobra – prawie totalne. Nie było dotykania. Za to wszystko sensualnie, powoli i na maksa.

Slow jako pomysł na życie przywraca jakość doświadczeniom dnia codziennego. Takiego, jak jedzenie. Albo seks. To, co jest wykonywane nieuważnie, rutynowo przestaje dostarczać nam przyjemności. Odruchowo podkręcamy potencjometr, żeby znowu coś poczuć, ale za chwilę ogarnia nas to samo znudzenie i odrętwienie. Baron gotuje Slow Food, co oznacza, że wnosi do jedzenia nie tylko regionalność i świeżość produktów, ale że próbuje reanimować samo doświadczenie jedzenia. Jedzenie palcami, żeby czuć co się je. Pozorna dziwność zmuszająca do uważności. Gdy dodacie do tego wino dobrane nie pod kątem snobizmu, ale dopełniania bądź kontrastowania smaków potraw oraz zapach, który w zasadzie w każdej odsłonie, stanowił oddzielne danie, to dostaniecie … odlot z ciała. Dokładnie taki, jaki jest potrzebny do pełnego czucia seksu.

Na pewnym poziomie zaabsorbowania wrażeniami zmysłowymi niedostrzegalnie przechodzimy od myślenia do czucia. Widać to było po całej sali, która gdzieś przy krowim żołądku pozwoliła sobie na rozluźnienie i sensualne doświadczanie. Wszyscy wyszli zadowoleni, uśmiechnięci i jakby zaczarowani. I to jest kolejny z moich powodów do ekscytacji. Oprócz tego, że sama byłam uszczęśliwiona tymi bodźcami, które przetaczały się przez moje ciało, to raz pierwszy poza warsztatami rozwojowymi zobaczyłam, że można wziąć grupę ludzi i bez wcześniejszego przygotowania sprowadzić ich do czucia ciała i receptywności.

Od dzisiaj każdemu, kto w moim gabinecie wygłosi zdanie, że nie rozumie o co mi chodzi z tym związkiem zmysłowej przyjemności i seksu, mogę odpowiedzieć, żeby się wybrał na kolację do Marty, Aleksandra i Michała. Jako krzyżowiec na krucjacie nie czuję się już ani wyobcowana, ani abstrakcyjna w moich pomysłach. Dlatego chciałam głaskać trójkę prowadzących po zakończeniu kolacji.

PS./Dopisek 08.07.2015

Po blogowo-fejsbókowiej burzy wiem już, że nie wszyscy wyszli zadowoleni. Ale endorfiny i serotonina mają taką właściwość, że zmieniają percepcję faktów, więc widziałam wszystkich takich ukontentowanych, jak ja sama.

Szczeżuja z tatarakiem na piasku + zapach irańskiej żywicy galbanum

 

Wołowy żołądek (księga) w towarzystwie pięciu smaków <ser kozi z piołunem, słona woda, porzeczki, borowik z algami i sosem sojowym, foie gras + zapach kadzidła z lawendy i fasolki tonka

 

Pianka ze słonecznika, na niej kawałek plastra miodu z miodem i larwami trutni + zapach słonecznika lub dla niektórych – grafitu z ołówka, czyli olej cedrowy z gór Atlas

 

Dzik balsamowany w miodzie i soli z pędami mięty + zapach esencji wanilii bourbon

 

Beza pieczona z chrobotkiem reniferowym + zapach oud z Laosu

Udostępnij artykuł
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
FreshMail.pl