5 czerwiec 2016

Slow Sex | Sezon

Rozmowa, o Slow Sex, która ukazała się w pierwszym wydaniu magazynu Sezon

 

Czas, ciało, świadomość , uważność i rytuały

Kupujemy powoli, jemy powoli, ostatnio nawet, jakkolwiek to brzmi, powoli biegamy. Czy możemy także powoli się kochać? Marta Niedźwiecka – pierwsza w Polsce certyfikowana sex coach i Hanna Rydlewska – redaktorka naczelna weekendowego magazynu Gazeta.pl i autorka programu o seksie HaniBal w Radiu ZET Chilli mówią, że tak i popularyzują ruch slow sex. Właśnie piszą książkę poświęconą temu zjawisku.

 

Tekst: Michał Koszek

Foto: Ola Walków

 

I.

MK: Ile rozdziałów jeszcze przed wami?

MN: Dużo. Po napisaniu pięciu zaczęłyśmy wszystko od nowa.

HR: Książka ma formę wywiadu rzeki z Martą. Jest pierwszą polską publikacją dotyczącą slow sex, zjawiska wpisującego się w modny aktualnie ruch slow. Co ciekawe, nawet na świecie wydawnictw tego typu nie ma zbyt wielu.

MN: Powstały zaledwie trzy książki, które mają slow sex w tytule.

II.

MK: Slow sex jest więc młodym zjawiskiem?

MN: Wystartował w 1992 r., oczywiście we Włoszech. Jednak długo poszukiwano formuły, która pomogłaby dostosować seks do rytmu slow. Z czasem coraz silniejsze stały się inspiracje wschodnie, konkretnie tantryczne. Dlatego slow sex w znacznej mierze opiera się na uproszczonych pomysłach zaczerpniętych z tej starohinduskiej szkoły miłości.

HR: Co ważne, Marta jest ekspertem, a ja pytającym sceptykiem. Koncepcje zaczerpnięte z filozofii Wschodu są mi raczej obcej. Czuję się mocno osadzona w europejskim podejściu do życia i uprawiania seksu. Pierwotnie wyszłam od stereotypów, jakie na hasło slow sex może przytoczyć osoba niesiedząca w tematyce związanej z seksualnością. Na początku myślałam, że slow sex to seks uprawiany wiele godzin …

MN: Obowiązkowo w pozycji lotosu!

HR: Tak, przypominający pogłębioną jogę, wymagający ekstremalnego rozciągnięcia i patrzenia sobie w oczy. Stereotypy i schematy stanowią punkt wyjścia, na szczęście Marta sukcesywnie je rozbija.

III.

MK: O czym zatem rozmawiacie?

HR: Slow sex bazuje na pięciu filarach i to one organizują książkę. Są to czas, ciało, świadomość, uważność i rytuały. Te hasła ogniskują różne tematy, np. rozmawiając o czasie, można skupić się na przeciętnej długości stosunku, ale też na tym, co ma zrobić para z wieloletnim stażem, która doświadczyła seksualnego wygaszenia, a chce wzniecić ogień na nowo. W przypadku ciała można mówić o tym, jak otwierać je na seks i zwiększać jego receptywność, a można dotknąć tematów związanych z samoakceptacją.

MN: Skupiamy się także na wzorcach ciała w kulturze. Tradycyjny, niezamerykanizowany Wschód ma zupełnie inny stosunek do cielesności, niż Zachód. Tam podstawą jest zaufanie do ciała, tak różne od podejścia fundowanego nam przez wielkie religie Księgi, które widzą w nim raczej grzech i skazę. W rozdziale o ciele używamy slow sex-u, żeby dekonstruować rzeczywistość. Popatrzeć na własne czucie i rozumienie ciała, ale już z innej perspektywy.

HR: I bez naleciałości – głupich i szkodliwych lektur typu „Cosmopolitan’: To właśnie przez ten medialny przekaz, którym jesteśmy od lat karmieni, wyobrażenie o tym, jak możemy pracować nad seksem zazwyczaj kończy się na tandetnych scenariuszach seksualnej randki, typu „Wysmaruj go Nutellą” albo ,,Chwyć i ściśnij punkt X, a wtedy partner będzie jęczeć

MN: Albo „Kup sobie wibrator’: To wszystko nie jest złe, ale nie wyczerpuje tematu.

HR: Dlatego pisanie książki, której centrum jest slow sex, to stąpanie po polu minowym. Po pierwsze – musimy uważać, żeby nie popaść w banały, po drugie, pilnujemy, żeby nie wyszedł z niej poradnik w stylu „Jedz, módl się i kochaj; po trzecie, zależy nam, żeby w atrakcyjny dla czytelników sposób zaprezentować tematy, które dotyczą nie tylko ciała, ale też kultury, antropologii, filozofii.

IV.

MK: Czy pisząc książkę, dowiedziałyście się czegoś nowego o seksie?

MN: Formuła, w której Hania jest wiecznie wątpiącym pragmatykiem i dociska mnie ostrymi pytaniami, powoduje, że wszystkie rzeczy, o których mówię, muszą być pogłębione i przefiltrowane. To bardzo wzmacnia przekaz. Obydwie nauczyłyśmy się przy tej książce pracować wolniej i mieć z tego więcej przyjemności, co oznacza, że przetestowałyśmy slow na samych sobie.

HR: Niech żyje slow journalism! (śmiech)

MN: Po drodze okazało się też, że slow wypuścił kolejną odnogę – slow jogging. W Polsce mocno rozwinęła się inicjatywa slow fashion. Życie potwierdza, że wszystko, co związane ze slow, prężnie się rozwija.

HR: Tyle, że zazwyczaj wszystko, co a w nazwie „slow’; jest skierowane do osób przywilejowanych społecznie. Zdrowa żywność moda odpowiedzialna społecznie to wydatek, na który większość ludzi nie może sobie pozwolić. Dla mnie to ważne, że slow sex zamiast wykluczać, działa wkluczająco. Każdego stać na to, żeby zwrócić uwagę na swoje ciało i życie erotyczne. Nie trzeba do tego żadnych drogich gadżetów, a raczej cierpliwości i zmiany nastawienia.

V.

MK: Czyli zmieniłaś swoje podejście do seksu w duchu slow?

HR: Zmieniłam zdanie pod wpływem tego, mówiła Marta, ale samo nazewnictwo w dalszym ciągu mnie drażni. Nie lubię anglicyzmów, uważam, że można znaleźć polski zamiennik na określenie o zjawiska. Boję się też trochę snobizmu, z którym wiążą się te wszystkie „slow” pojęcia, ale kupuję przekaz Marty i jej odwołania do praktyki coachingu – slow seks przekłada się na poprawę jakości życia ludzi, nie tylko seksualnego.

MN: W pewnych sferach slow znajdziemy warstwę snobizmu, przoduje tutaj slow food. Jednak pomysł na zwolnienie tempa życia i ucieczki od rutyny jest uniwersalny. Więcej, uważam, że

jest jedną z niewielu sensownych alternatyw dla zachodniej cywilizacji. Wszyscy coraz bardziej przyspieszamy, ale nie czujemy się od tego coraz szczęśliwsi. Przeciwnie, żyje nam się coraz trudniej. Gdzieś trzeba zatrzymać obłęd technologiczno­ informacyjny, presję czasu i zadań. Dla mnie slow jest autentyczny, ponieważ ja go po prostu czuję.

HR: Chodzi też o odchodzenie od neoliberalnych kategorii, w których postrzegamy własne życie i seks, czyli np. produktywność, dążenie na silę do orgazmu, przekonanie, że dobry seks to tylko ten, który kończy się orgazmem, a także sama ilość tego seksu, którą przedkładamy nad jakość. W koncepcji slow mówimy, żeby uprawiać seks rzadziej, ale w bardziej świadomy sposób.

VI.

MK: Slow sex ma szansę zdobyć popularność?

MN: Bardzo chciałabym, żeby tak się stało, ale mam świadomość, że wejście w slow sex implikuje pracę i części ludzi na pewno nie będzie chciało się jej wykonać. Inicjatywa slow jest dla tych, którzy posiadają motywację, żeby zrobić coś ze swoim życiem emocjonalnym i intymnym – nie dla mody i snobizmu, ale dla własnej przyjemności i satysfakcji. Nie mam złudzeń, że slow sex osiągnie wielką popularność, bo najlepiej sprzedają się rzeczy proste, dokładnie takie, jakie widzimy w mediach. Slow sex wobec powszechnego medialnego przekazu jest jak Dawid wobec Goliata.

VII.

MK: A jaki jest najpowszechniejszy przekaz?

MN: Ten, do którego odwoływała się Hania, czyli dobre rady z „Cosmopolitan” albo „CKM”. To jest często utylitarny seks, budowany na obrazach z pornografii, nakierowany na wykon. Wykon oznacza zarówno określone parametry, ilość partnerów, jaką powinnyśmy mieć (jak najwięcej), jak i sam obraz seksu – często niewiele mający wspólnego z rozkoszą, a więcej z dynamiką władzy i uprzedmiotowienia.

HR: Nie istnieje uniwersalny zestaw złotych rad, których można udzielić każdej osobie. Może przecież okazać się, że to, co oddziałuje na jednego, drugiemu nie sprawia żadnej przyjemności. Nie ma „dekalogu’; który można przekazać i to jest błąd, który popełniają często chociażby magazyny piszące o seksie.

VIII.

MK: Mamy do czynienia z pokoleniem RedTube’a?

MN: Oczywiście. Deficyt edukacyjny i obecność zdehumanizowanego wzorca daje pokolenia RedTube’owe. Zarówno młodzi, jak i dorośli ludzie mają przecież potrzebę wiedzy, więc będą jej szukać. Porno to jedno z niewielu źródeł wiedzy o seksie. Poziom tej wiedzy jest bardzo dyskusyjny, ale nie mamy co narzekać, skoro zupełnie zaniedbujemy edukację seksualną…

HR: Seks jest polem walki politycznej, szczególnie w naszym kraju. Mam wrażenie, że coś się zmienia na lepsze, bo media zaczynają mówić o seksie, a ludzie doceniają wagę tematu, ale widać, chociażby po decyzjach polityków, że mentalność pokolenia decydentów, jest wciąż zabetonowana, jeżeli chodzi o sprawy seksualne. Edukatorzy z grupy „Ponton’; których gościłam kiedyś w audycji radiowej, opowiadali przerażające rzeczy na temat poziomu wiedzy o seksie u młodych Polaków. Jedna z licealistek zapytała edukatorkę seksualną, czy jeśli po stosunku dokona płukanki sprite’em, a nie colą, to też nie zajdzie w ciążę. Była przekonana, że płukanka z coli jest świetnym środkiem antykoncepcyjnym.

MN: Na YouTube’ie można obejrzeć filmy, na których po wrzuceniu jajka do coli, ona rozpuszcza wapń ze skorupki i ścina białko, no więc dlaczego przez analogię nie wysnuć wniosku, że ścina

także spermę wewnątrz waginy, uniemożliwiając zapłodnienie? Tej logice nie można nic zarzucić.

HR: Muszę tutaj jeszcze zaznaczyć, że seks to sprawa polityki, ale też wiary. Kościół w naszym kraju odgrywa wciąż istotną rolę w blokowaniu przekazu dotyczącego edukacji seksualnej.

IX.

MK: Oglądałem kiedyś starcie Kazimiery Szczuki i Marzeny Wróbel. Poglądy prawicowej posłanki na temat edukacji seksualnej były straszne.

HR: Tak, ale nie można winić ludzi za ich braki w wiedzy albo przekonania, bo są przez całe życie indoktrynowani. Nie popadałabym też w kontrasty, sztuczne opozycje: my, wspaniali hipsterzy, rozumiejący, czym jest seks, kontra te biedne baby z prowincji, które żyją w ciemnogrodzie. Dopóki nie będzie właściwej edukacji, to ci ludzie nie będą mieli skąd czerpać wiedzy. Ale z drugiej strony ludzie zamykają się na edukację.

MN: To jest spowodowane lękiem przed seksem jako takim. Jesteśmy wychowywani w systemie, który znakomicie korzysta z biowładzy, czyli ogranicza ludzką seksualność. I to nawet nie musi być jakieś odgórne zalecenie, po prostu to należy do kanonu politycznego. Wyjściem z tego impasu jest branie osobistej odpowiedzialności za życie seksualne. Tak, jak powiedziała Hania, możemy polaryzować świat na panie z prowincji, które nic nie rozumieją, i nas warszawiaków, którzy jesteśmy tacy światli, ale to w ogóle nie rozwiązuje problemu. Chodzi o to, żeby córka pani z prowincji i córka pani z Warszawy miały dostęp, nawet do nieoficjalnej, typu instruktaż na YouTube’ie, ale jednak wiedzy, która pozwoli im w zasadniczy sposób rozwinąć się seksualnie, żyć bezpiecznie i planować rodzinę tak jak chcą.

HR: No i nie zapominajmy o szkolnictwie.

MN: Ideałem jest edukacja wpisana w rozwój dziecka, tak jak na przykład dzieje się to w Holandii. Nie możemy jednak na nią liczyć, więc zróbmy sobie dobry seks sami.

X.

MK: A jak w tym wszystkim odnajduje się moda? Czy jest ofiarą współczesnego myślenia o seksie, czy raczej prowodyrką zmian społecznych?

HR: Wydaje mi się, że jest gdzieś dalej. We współczesnej modzie obserwujemy gry dotyczące tożsamości płciowej, mieszanie damskiego z męskim. Moda świadomie odnosi się do erotyki.

XI.

MK: Czyli jak?

HR: Bawi się konwencją i lamie schematy Za pomocą mody można skonstruować swoją tożsamość erotyczną od nowa. Bardzo często fotografowie i projektanci wykorzystują seksualne obsesje i fetysze, nadają im nowe znaczenia – jak niegdyś Jean-Paul Gaultier czy Steven Klein. Świat mody nie tylko świadomie podchodzi do erotyki, ale ogólnie do kultury. Mądra moda komentuje przemiany społeczne, często jest przyczynkiem do nich. Tak by/o chociażby z emancypacją kobiet.

MN: Moda zabiera też głos na temat ageingu – dyskryminacji ze względu na wiek, która wiąże się z seksualnością. W ostatniej kampanii Dolce&Gabbana wystąpiły trzy naprawdę wiekowe i nie wyglądające posągowo staruszki, odziane na modłę sycylijską i w ubraniach marki. To jest wołanie o powrót do zdrowego rozsądku.

HR: Obawiam się, że high fashion to jednak promocja kultu idealnego, szczupłego i młodego ciała. Modelki plus size i walka z ageingiem to tylko listek figowy, gdy pojedziesz na Fashion Week, to nie ma tam grubych i starych modelek.

XII.

MK: Niektórzy mówią, że wynika to z homoerotyzmu mody.

HR: Dla mnie to trąci homofobią, gdy ktoś mówi, że to, że kreatorzy wypromowali obraz kobiety wieszaka, wynika z tego, że są mizoginami, gejami i nienawidzą kobiet. Być może określona wrażliwość twórców mody wpływa na jej transgresywny charakter, ale nie szłabym we wnioskach dalej. Moda sama w sobie nie jest seksem, ale może go komentować i bawić się nim.

 

 

Udostępnij artykuł
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
FreshMail.pl